A.D.: 20 Wrzesień 2018    |    Dziś świętego (-ej): Renata, Filipina, Eustachy

Patriota.pl

Miłość jest gorzka i słodka, ale nikt nie potrafi powiedzieć,
co jest w niej słodsze, gorycz czy słodycz.
Ezra Pound

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Z Natolina na Puławską, czyli poseł A. spenetrowany

Drukuj
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Tags: Komentarze | Sapienti sat!

Już od tygodnia komentatorzy w mediach natrząsają się z zaskakującej dla wielu wolty czołowego polityka SLD Bartosza Arłukowicza, który mimo własnych wcześniejszych zastrzeżeń wobec Platformy Obywatelskiej przyjął intratne stanowisko w Kancelarii Premiera. Wypominano mu, że przecież jako członek komisji hazardowej nie raz „wespół zespół” bezceremonialnie przeczołgał jej przewodniczącego Mirosława Sekułę i wiele innych niewybrednych wycieczek pod adresem PO. Ze względu na jego postawę w komisji hazardowej niektórzy chyba szybciej spodziewali się go w szeregach Prawa i Sprawiedliwości niż w KPRM-ie okupowanym przez Donalda Tuska. Mieliśmy więc do czynienia z festiwalem zdziwień świadczących o płytkości myślenia komentatorów mainstreamowych mediów.

A przecież każdego trzeźwo myślącego komentatora wolta Arłukowicza w ogóle nie powinna dziwić, bo tak na dobrą sprawę nie jest to żadna wolta, lecz taktyczne przesunięcie w ramach tej samej formacji światopoglądowej. Jak każdy lewicowiec Arłukowicz jest zwykłym karierowiczem, dla którego wartości nie mają znaczenia lecz interesy. W efekcie jeśli w SLD dostał za mały kawałek tortu, to poleciał po większy do Donalda Tuska. Zauważmy, że w sprawach zasadniczych zarówno PO jak i SLD niczym się od siebie nie różnią. Niczym. Oba ugrupowania popierają działania zmierzające do legalizacji i szczególnej ochrony quasi małżeńskich związków cywilnych sztucznie preparowanych przez seksualnych dewiantów. Pokazuje to z jednej strony chociażby czynny udział posła Ryszarda Kalisza z SLD w odrażających spektaklach, jakimi są publiczne parady zboczeńców, z drugiej zaś wykluczenie z PO posła Węgrzyna za określenie homoseksualizmu jako czegoś przeciwnego naturze.

Podobnie rzecz się ma z tzw. aborcją, metodą zapłodnienia in vitro i innymi aberracjami społeczno-obyczajowymi. Różnica polega jedynie na tym, że SLD głosi wspólne obu partiom zabobony jawnie i bezceremonialnie, zaś Platforma, ze względu na troskę o zachowanie poparcia liberalnych katolików stosuje różnego rodzaju PR-owskie przykrywki, udając że robi coś innego niż robi.

Praktyka pokazuje również, że zasadniczych różnic nie ma także w sferze gospodarczej i różnice dotyczą tylko praktyki. PO, na przykład, chce zagłodzić emerytów drożyzną, lichwą i agresywnym fiskalizmem od razu, zaś SLD stopniowo za pomocą głodowych zasiłków, które w istocie są obrzydliwymi sztuczkami socjalnymi pozorującymi troskę o najsłabszych. Wyczuwa to zresztą zmotłoszały soc-demo-liberalny elektorat, co pokazują sondaże – jak Platformie poparcie rośnie, to dla SLD spada; i na odwrót. To nie jest przypadek. Rzekoma wolta Arłukowicza nie jest więc nawet przemieszczeniem z obozu natolińczyków do puławian (frakcje w PZPR), lecz jest to co najwyżej przesiadka na sąsiednie krzesło w ramach tej ostatniej frakcji.

W świetle tej sprawy zwróćmy uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz. Poza zapatrzonymi w PO i Donalda Tuska lemingami wszyscy pamiętamy jak premier, jak zwykle bardzo zdecydowanie, zapowiedział redukcję zatrudnienia w administracji. Chociaż tzw. ustawa o racjonalizacji zatrudnienia padła jeszcze w ubiegłym roku, to jednak na ustne polecenie Tuska w resortach trwa obecnie bezmyślna, prowadzona jedynie według propagandowych kryteriów jatka, która grozi paraliżem działań centralnych urzędów.

Tymczasem ni z tego ni z owego premier Tusk z czysto politycznych pobudek, stworzył nowe, nikomu niepotrzebne, kosztowne stanowisko. Jest to oczywiście zwykła polityczna synekura, której utworzenie miało zahamować lecące od pewnego czasu w dół notowania Platformy, mylnie zwanej Obywatelską. Wiemy już więc na co pójdą zaoszczędzone w wyniku tuskowskiej „racjonalizacji” zatrudnienia w administracji państwowej pieniądze polskich podatników. A wróble w parku łazienkowskim ćwierkają, że wolta Arłukowicza może być początkiem dłuższego procesu ratowania notowań PO, partii która trwa przy władzy jedynie dzięki stwarzanej przez telewizyjne kanały iluzji i rozpowszechnianym przez gazety złudzeniom.

[komentarz retorsyjny]

Najważniejsze to dobrze się sprzedać, pozwolić się spenetrować na wszelkie sposoby swojemu mistrzowi – profesorowi, doktorowi, kompozytorowi, dyrygentowi, skrzypkowi, altowioliście, pianiście, wiolonczeliście (prześlicznemu?), barytonowi, tenorowi, kontratenorowi (temu najbardziej), baletmistrzowi, chórmistrzowi, reżyserowi, scenarzyście, montażyście, kreatorowi fryzur, projektantowi mody, literatowi, krytykowi literackiemu, architektowi, malarzowi, rzeźbiarzowi, dziennikarzowi, redaktorowi, bibliotekarzowi czy w końcu demosowemu celebrycie, czyli wszelkiej maści politykowi.

Miejmy tego świadomość, że orkiestry symfonicznej składającej się w 99% z muzyków „narodowości prawniczej” (ten jeden procent to zwykle szabesgoj uderzający raz na godzinę koncertu w triangel), nie skompletowano z wykreowanych na licznych castingach najzdolniejszych wykonawców, że tzw. autorytety  praktycznie w każdej z wymienionych powyżej dziedzin zaangażowania społeczno-kulturowego nie zaistniałyby w świadomości powszechnej (medialnej), gdyby nie przynajmniej inicjacyjny epizod sodogomorystyczny w ich pięknej karierze. Tego rodzaju inicjacji dostąpił właśnie poseł A., dając z siebie swoim nowym mistrzom wszystko, co najlepsze, w panicznej obawie, że przyjdzie mu, wraz ze zdychającą formacją, zejść ze sceny i zaginąć w pomroce dziejów. Czy może mówiąc bardziej adekwatnie – odpaść niczym to guano od dna okrętu, do którego z okrzykiem „Płyniemy!” przykleiło się wraz z całym podobnym mu towarzystwem.

Pewnemu, bywającemu w środowisku, eks-znajomemu zdarzyło się, na wiadomość, że dawny, zaangażowany religijnie kolega robi karierę w Stanach od czasu, gdy związał się ze swoim azjatyckim nauczycielem gry na wiolonczeli, stwierdził tylko, że to przecież żaden problem opuścić spodnie, wypiąć d… i zacisnąć zęby. Po obecnej, teraz coraz częściej prezentowanej w mediach, przeszczęśliwej minie posła A. widać, że ta ostatnia czynność jest mu obca.  „Przecwelenie” poszło bezboleśnie.


Czytaj także:

Każdemu, co mu się należy (od mafii), czyli heterycy mogą odejść 
Reductio ad absurdum, czyli żonglerka zasobami ludzkimi 
Dewianci wchodzą od tyłu, czyli na manowcach łańcucha pokarmowego

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Krótkie spięcia

Wieści z frontu

EUR PLN CHARTS

Zwróć uwagę

Uwaga, może zaboleć:
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

stat4u