A.D.: 24 Listopad 2017    |    Dziś świętego (-ej): Flora, Jan, Roman

Patriota.pl

Są jasne chwile w życiu, w których się tęskni do potęgi ciemnoty.
Adolf Nowaczyński

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Kagańcem w oświatę, czyli z kołchozu do łagru

Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Tags: Komentarze | Sapienti sat!

„Dziennik Gazeta Prawna” zapowiedziała przewrót w oświacie na miarę tego, jakie wywołało w szesnastowiecznym świecie opublikowanie heliocentrycznej koncepcji Wszechświata przez Mikołaja Kopernika. Jednakowoż, o ile odkrycie Kopernika co najwyżej wytyczyło właściwy kierunek badań nad Kosmosem, o tyle zapowiadane przez MEN zmiany są milowym krokiem na placu budowy wszechświatowego obozu pracy, w których odurzona głupawymi quizami i serialami ludzka masa sterowana przez kapłanów politycznej poprawności będzie harować na wąską grupę wybrańców, którzy będą tym obozem zarządzać.

Rząd chce zrzucić z siebie odpowiedzialność za nauczycielskie pensje. Odpowiadać będą za nie samorządy. To one mają decydować o wysokości zarobków oraz pensum, czyli obowiązkowej liczbie godzin, które musi przepracować nauczyciel – pisał Tomasz Żółciak w opublikowanym 30 listopada 2010 r. artykule Wolny rynek dla nauczycieli. Efektem przygotowywanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej zmian w Karcie Nauczyciela, które mają wejść w życie najpóźniej w 2012 r. będzie utworzenie tzw. lokalnego systemu wynagradzania nauczycieli. Oznacza to w praktyce, że generalnie nauczyciele w ramach realizacji hasła "aby się żyło lepie - wszystkim" będą zarabiać mniej i pracować więcej. Przecież nic tak nie demoralizuje jak pieniądze i nic tak nie uszlachetnia jak praca.

Żeby nie było w tej kwestii żadnych niedomówień zmiany te - jak wnosimy z zaprezentowanej w artykule argumentacji - przeprowadzane są oczywiście w interesie nauczycieli, no i - jak się należy domyślać - samych dzieci. Dziś pensja nauczycieli, zarówno zasadnicza, jak i dodatki, jest uśredniona. W ten sposób nauczyciele w całej Polsce zarabiają tyle samo. Nowy system ma dać dyrektorom szkół narzędzie do skutecznej motywacji swoich pracowników – wyjaśnia autor artykułu. Sposób rozumowania „reformatorów” doskonale ilustruje zacytowana wypowiedź zastępcy dyrektora wydziału oświaty w Poznaniu, Piotra Mroza: System jest skostniały, bo powinien być ukierunkowany na efekt, a nie uśrednianie. Dlatego decentralizacja staje się konieczna, bo wśród nauczycieli jest wielu dobrych, ale też, niestety, wielu takich, którzy na swoje pensje nie zasługują. Oczywiście "reformatorzy" nie biorą pod uwagę sytuacji, że większości lepszym nauczycieli może nie przeszkadzać to, że ich mniej zdolni i pracowici koledzy zarabiają tyle samo. Mają zarabiać mniej i koniec, a ci zdolniejsi i pracowici niekoniecznie więcej. W takiej dialektyce porusza się MEN.

Autor artykułu przyjmując za dobrą monetę argumentację „reformatorów” tłumaczy, że rząd w ten sposób chce „zrzucić” odpowiedzialność za nauczycielskie pensje na samorządy. Jednak argumentacja reformatorów to tylko przykrywka dla prawdziwych celów „decentralizacji” systemu opłacania nauczycieli. W ogóle słowo „decentralizacja” jest tutaj kluczowe. Już wyobrażam sobie jak wójt negocjuje z nauczycielem wysokość pensum i pensji, kierując się wyłącznie kryterium kompetencji i pracowitości. Jeśli nawet, to będą to ostatnie brane pod uwagę kryteria i w niczym nie będą one wpływać na wysokość ewentualnej pensji i pensum.

Ważniejsze będą personalne powiązania, znajomości, użyteczność, spolegliwość, a nie kompetencje. Takie jest życie, bo przecież nie robi się z siebie pajaca w wyborach, żeby nic z tego nie mieć. Trudno zresztą te "cenione" przez "reformatorów" (w rzeczywistości są to deformatorzy) ocenić, bo nawet duży segregator certyfikatów i świadectw ukończenia szkoleń nie oddaje w pełni kwalifikacji danej osoby, a już w ogóle nie rzutuje na takie cnoty niezbędne w tym zawodzie jak sumienność, czy tzw. powołanie. Z pewnością jednak miana ta otworzy ogromne pole do nadużyć. Jest to rozwiązanie wręcz korupcjogenne. Ale to nie jest jeszcze najgorsze.

Otóż, drodzy belfrowie, nie wiem czy sobie to uświadamiacie (sądząc po tym jak wiernie głosujecie na waszych oprawców, to raczej nie) ale rozwiązanie to wyrzuca was w ogóle poza system oświatowy, czyniąc z was takie najemne do niego dodatki. Nie wszyscy wójtowie będą chcieli z wami negocjować. Jeśli nawet to na pewno nie jako wójtowie. O wiele wygodniejszym rozwiązaniem dla wójta będzie wynajęcie oczywiście w drodze – zazwyczaj ustawionego – przetargu, zewnętrznej firmy za umówioną kwotę. Będzie to mogła być firma działająca na takiej zasadzie jak działają agencje ochrony, albo fundacja lub stowarzyszenie, którą będzie prowadzić np. obecna minister edukacji po zakończeniu urzędowania, czy jej serdeczna przyjaciółka Grażyna Czetwertyńska, znana z tego – o czym pisały media - że jedną ręką jako dyrektor Departamentu Kształcenia Ogólnego i Wychowania pisała nową podstawę programową, a drugą, jako współwłaścicielka wydawnictwa „Nowa Era”, zgodne z nią podręczniki.

W ramach tej kwoty zwycięska firma, być może przyjaciela wójta, będzie musiała dostarczyć do szkół wynajętych nauczycieli. Jako, że firma jest po to, żeby zarabiać, nauczyciel będzie musiał pracować maksymalnie dużo za maksymalnie niską pensję. Abstrahując już od tego, że będzie to oznaczało znaczne pogorszenie się sytuacji nauczycieli spoza „układu”, do którego łaskawie zostaną włączeni tylko nadzorcy pozostałych, to trzeba podkreślić, że wprowadzenie nowego systemu będzie w praktyce oznaczało prywatyzację subwencji oświatowej, czyli nastąpi przekierowanie subwencji oświatowej z kieszeni nauczycieli do kieszeni, najczęściej zaprzyjaźnionych z rządzącą kliką, właścicieli fundacji i stowarzyszeń oświatowych, ewentualnie powołanych w tym celu wyspecjalizowanych „agencji nauczycielskich”, w których nauczyciele będą mieli równie mocną pozycję, jak ochroniarze w agencjach ochroniarskich. Genialne, prawda?!

Korzyść odniosą również właściciele szkół niepublicznych, ponieważ wydrenują za stosunkowo niewielkie pensje najlepszych nauczycieli z publicznego sektora, a jednocześnie będą mogli obniżyć pensje nauczycielom już zatrudnionym.

Ale to nie wszystko drodzy belfrowie, bo wasza gehenna dopiero się zacznie. Zmiany proponowane przez resort edukacji pójdą jeszcze dalej. Inaczej ma wyglądać sposób awansu nauczycieli. Konsultacje obejmują kilka koncepcji, m.in. państwowego egzaminu, który sprawdzałby umiejętności nauczyciela i jego kompetencje pedagogiczne. (…) Innym rozwiązaniem rozważanym przez ministerstwo jest zasięganie opinii społeczności szkolnej (pracowników szkoły, rodziców)przy ocenie nauczycieli. To oni mieliby decydować o awansie – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”, trafnie zauważając, że jest to początek demontażu obecnego systemu, chociaż niekoniecznie prawdą musi być sugestia, że efektem tego demontażu będzie urynkowienie zawodu nauczyciela. Przeciwnie, może to spowodować (i najpewniej tak będzie) sprowadzenie nauczycieli do poziomu taniej, pozbawionej jakiegokolwiek prestiżu, najemnej siły roboczej. Oczywiście zaszczucie nauczycieli w konsekwencji pogłębi istniejącą już obecnie katastrofę wychowawczą, tak że pokazywana jako fikcja w starych amerykańskich filmach kryminalizacja szkół publicznych stanie się u nas faktem. Ale to temat na inny artykuł. W każdym razie, o ile egzamin państwowy może zachować jakieś pozory obiektywizmu, o tyle proponowana ocena nauczyciela przez szkolną sprzątaczkę, czy rodzica, dla którego dziecko jest bogiem, zakrawa na prymitywny żart. Przypomina to sytuację, kiedy gładko łykający tabloidy sprzedawca hotdogów, czy roznosiciel gazet miałby oceniać, czy absolwent wydziału architektury Politechniki Warszawskiej może projektować domy. Oczywiste jest, że taka sytuacja doprowadzi do załamania się poziomu nauczania, bo nauczyciele zamiast się starać i wymagać, będą schlebiać uczniom i podlizywać się rodzicom.Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nowy sposób egzaminowania nauczycieli to nic innego jak kolejny instrument służący nękaniu i swoistemu terroryzowaniu nauczycieli.

Jedno jest pewne – tak długo jak Polską będą rządzić chciwi i bezbożni liberałowie nauczyciele nie zaznają spokoju. Powinni zrozumieć, że obecnie ich największym wrogiem jest obecna Minister Edukacji Narodowej, która pracuje na rachunek Platformy Obywatelskiej – formacji, dla której jedynym bogiem jest władza i pieniądz... Od trzech lat Katarzyna Hall z żelazną konsekwencją utrzymuje w oświacie stan permanentnej nerwowości, potęgując dyskomfort uniemożliwiający nauczycielom normalną pracę. Krok po kroku, w imię podnoszenia poziomu kształcenia i jakości edukacji, minister Hall zwiększa zakres obowiązków nauczycieli, wymyślnymi kryteriami utrudnia awans zawodowy, zaś ostatnie pomysły już jawnie pokazują, że w zasadzie kończy już - przy całkowitej aprobacie nauczycieli - organizację swoistego łagru, w którym przez wieki będący społeczną elitą nauczyciele będą harować jak niewolnicy.

Katarzyna Hall do absurdalnych już rozmiarów nakręciła swoistą psychozę podnoszenia kwalifikacji, bo "świat idzie szybko naprzód", nie zastanawiając się nad tym dokąd on idzie i po co. W efekcie okazuje się, że ukończenie studiów poza papierkiem nic nie daje i nauczyciel po studiach jest głupi jak but pani Minister, wręcz ciemniak nienadążający za postępem (tylko dokąd prowadzi ten „postęp”), który musi się szkolić i szkolić i szkolić. I nie wystarczy odbyć takie szkolenie raz. Nie, drodzy nauczyciele! Przecież ciągle musicie podnosić kwalifikacje, ciągle jesteście niedouczonymi, leniwymi, nienadążającymi za światowymi standardami przygłupami, którzy niczego nie nauczyli się na studiach.

Tak nauczyciele są postrzegani w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Tylko po co to wszystko, skoro ciągle szkolący się i podnoszący swoje kwalifikacje nauczyciele nie mają czasu uczyć? A jednak jest sens tego wszystkiego – ktoś w końcu na tych szkoleniach zarabia. Są przecież na ten cel przeznaczone unijne fundusze. Polscy nauczyciele nie mogą być przecież mądrzy i wysoko wykwalifikowani, bo przecież wtedy te wszystkie, „niezbędne” do zawodowego awansu szkolenia nie miałyby sensu. Ale z czego w takiej sytuacji żyłaby soc-demo-libertyńska sitwa? Kolesie z rządu zawsze pomogą. I tylko dziwić się możemy dlaczego ta najbardziej sponiewierana przez rządzącą koalicję grupa zawodowa w swojej masie z takim uporem głosuje na swoich oprawców?

 

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u