A.D.: 24 Listopad 2017    |    Dziś świętego (-ej): Flora, Jan, Roman

Patriota.pl

Ptok ptakowi nie jednaki,
człek człekowi nie dorówna,
dusa dusy zajrzy w oczy,
nie polezie orzeł w gówna.

Stanisław Wyspiański, Wesele

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Miałeś chamie złoty róg, czyli goje do kuchni!

Drukuj
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Tags: Komentarze | Sapienti sat!

Fakty mówią same za siebie - największym wygranym niedzielnych wyborów samorządowych jest PSL, które doznało politycznego zmartwychwstania. Pokątnie pogardzana przez salony ze względu na skłonności prostytucyjne i nepotyczne partia uzyskała wynik lepszy od promowanego w mediach SLD.

Jednak prawdziwym zwycięzcą wyborów jest soc-demo-liberalna PO. Chociaż słupki może i nie wyglądają imponująco jednak bez wątpienia równomierne rozłożenie głosów spowodowało, że partia ta przejęła prawie pełnię władzy w Polsce.

Największym przegranym wyborów jest Prawo i Sprawiedliwość, które z dużych miast ma jakąś szansę utrzymać tylko Lublin, bo nawet w Rzeszowie rządzi PO. Prawdziwym ciosem dla partii Jarosława Kaczyńskiego jest klęska w Białymstoku i województwie podlaskim. W wyborach do sejmików aż w 13 województwach wygrała PO. PiS stracił podlaskie, małopolskie, mazowieckie, łódzkie i świętokrzyskie. Po prostu klęska na całej linii, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że znana z utylitarnego podejścia do zasad moralnych PO może bez najmniejszych zahamowań wchodzić w koalicje z PSL i SLD. Oznacza to, że nawet w województwach lubelskim i podkarpackim, gdzie Prawo i Sprawiedliwość uzyskało większość, władzę będzie sprawować najprawdopodobniej koalicja PO-PSL. Nie jest to przesądzone, ale jest taka możliwość.

Warto w tym miejscu zastanowić się nad przyczyną klęski Prawa i Sprawiedliwości, partii, która potencjalnie, z zachowaniem elementarnego politycznego bhp może liczyć na 40-procentowe poparcie. Pierwsze co się narzuca, to przekonanie, że Kaczyński robi wszystko, aby nie przejąć władzy w Polsce. Tak jakby słuchał czyichś poleceń – może z Trilateral Commision i B’nai B’rith. Czy ta cala wojna z PO nie jest czasem jednym wielkim picem, służącym pacyfikacji elektoratu katolicko-narodowego. Zauważmy, że w sprawach zasadniczych (zakaz aborcji, traktat lizboński) PiS zawsze głosował zgodnie z polityczną poprawnością. Jest też za obniżeniem wieku obowiązku szkolnego, co też jest bardzo niepokojące. Może rzeczywiście mamy czynienia z jakimś grubym szwindlem. Wszak na dobrą sprawę nie wiemy do czego zobowiązał się Jarosław Kaczyński przy Okrągłym Stole. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że swoimi działaniami i decyzjami celowo podcina potencjał polityczny PiS i rozprasza energię zaangażowanych w to przedsięwzięcie prawdziwych patriotów, którzy Polskę kochają najbardziej zaraz po Bogu.

Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że po zwycięstwie w 2005 r. Kaczyński zachowywał się jakby dostał żabę do zjedzenia, z którą nie wiadomo co zrobić. Tak jakby nie wiedział co z tym kłopotem zrobić, bo przecież miał nie wygrać, a wygrał. Tak jakby to zwycięstwo postawiło go w nowej, nieprzewidzianej jakimiś układami roli. No i dwa lata później metodycznie wykończył pozaestabliszmentową opozycję, pozbawiając się jednocześnie władzy, jakby wracając do poprzedniej wyznaczonej mu przez kogoś roli sprzed wyborów w 2005 r. Pamiętamy jego debatę z Donaldem Tuskiem przed przyspieszonymi wyborami do Parlamentu w 2007 r. Nagle, na dwa dni porze wyborami, gdy poparcie dla PiS przekroczyło 40%, zwykle niezwykle błyskotliwy Jarosław Kaczyński nagle poległ w starciu z kompletnie nieprzygotowanym do debaty Donaldem Tuskiem.

A dalej! Gdy tylko poparcie dla PiS zaczynało rosnąć, albo gdy trzeba było zintensyfikować działania mające doprowadzić do wzrostu poparcia, Kaczyński natychmiast prowadził działania destabilizujące, które w nieprzychylnej dla środowiska katolicko-narodowego atmosferze medialnej przynosiły katastrofalny efekt sondażowy. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Jarosław Kaczyński robi wszystko aby nie dopuścić do rządów niezależną od obowiązujących układów opcję narodowo-katolicką. Dziwne, że dało się w to wmanewrować Radio Maryja, które z taką zawziętością zwalczało autentycznie patriotyczną Ligę Polskich Rodzin. I co się stało? PiS jak miał tak i ma dwadzieścia kilka procent poparcia, a 8-procentowe poparcie LPR-u rozpłynęło się w nicości, zaś elektorat Samoobrony częściowo powrócił do PSL, a częściowo do SLD. Patrząc z perspektywy wieloletniej wydaje się, że Jarosław Kaczyński po prostu robi dywersję po prawej stronie sceny politycznej, flankując niejako bezpieczne panowanie prawdziwym włodarzom tego świata.

Jeśli ktoś ma nadzieję, że w przyszłych wyborach doczeka się wreszcie powrotu politycznego wahadła na prawą stronę sceny politycznej, to się grubo myli. Jeżeli przez trzy lata od ostatnich wyborów parlamentarnych jedyne co się udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu, to zredukować poparcie dla PiS o kilka punktów procentowych, to trudno się spodziewać, aby nagle w ciągu roku wzrosło ono o 15-20%. Być może - chociaż PO jest skrajnie niekompetentnym i nieudolnym przeciwnikiem - Jarosław Kaczyński nie jest w ogóle zainteresowany przejęciem władzy w Polsce, bo najprawdopodobniej nie taką rolę wyznaczyli mu jego ponadnarodowi mocodawcy.

Być może dla niektórych teza ta wyda się zbyt śmiała, ale są rzeczy na świecie, o których nie śniło się nawet „waszym” filozofom. Jeśli jest inaczej, to można być pewnym, że przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi nastąpi próba dobicia Prawa i Sprawiedliwości, a może i jej lidera.

[komentarz retorsyjny]

I tu pies jest pogrzebany. Przypomnijmy sobie dawno już przebrzmiałą, ale jakże symptomatyczną sprawę Porozumienia Centrum, partii, która miała szansę stać się polskim odpowiednikiem torysów, do której należeli i której program przygotowali najlepsi ówcześni politycy i to nie tylko z klasycznej prawicy, ale przede wszystkim pięknie się w tej jedności PC różniący. Ugrupowanie miało poparcie nie tylko twardego narodowego elektoratu, ale także np. tych środowisk intelektualnych (a było ich naprawdę sporo), naukowych i artystycznych, którym nie po drodze było z apolskimi miazmatami Unii Demokratycznej. I cóż się stało – ta prężna partia, z przedziwnych – nie ujawnionych maluczkim – powodów, z dnia na dzień, została przez panów Kaczyńskich rozmontowana niczym konstrukcja z klocków Lego przez swawolnego Dyzia.

Przypomnijmy sobie jak dosłownie parę lat temu po przegranych wyborach parlamentarnych i prezydenckich wyglądał niejaki Donald T. Te same media, z którymi walczymy niczym z wiatrakami, nawet obiektywnie relacjonując wystąpienia, pomysły i buńczuczne wyskoki Donalda, chcąc nie chcąc prezentowały go jak wioskowego głupka, który gada swoje, a karawana i tak pojedzie dalej i gdzie indziej. Przypomnijmy sobie, że było o krok od utraty przez niego poparcia w rodzimej partii. Donald stał sie synonimem porażki na każdym polu, pomnikiem nieudacznictwa i bezradności politycznej. Zawirowania w PO mogły doprowadzić do marginalizacji tej partii. Ale znalazł sie ktoś, kto wyciągnął do dupowatego Kaszuba rękę i pomógł mu się wspiąć na te wyżyny, na których dzisiaj, z tępym uśmieszkiem, bryluje. Tym kimś był nikt inny, tylko Jarosław Kaczyński. To jego decyzja wcześniejszych wyborów i oddania władzy uratowała i Donalda i PO. Zamiast skupić się na porządkowaniu własnych szeregów i w miarę uczciwym rozegraniu konfliktów z koalicjantami p. Jarosław zrobił to, czego żaden rasowy polityk nie robi - oddał raz zdobytą władzę.

Można jeszcze długo biadolić i rozdzierać szaty nad tym, co się stało, wyliczać zaniechania i stracone szanse. Szkoda tylko wiary i zaangażowania tych ludzi, którzy wierzyli w IV RP, w "Solidarnych 2010". Za chwilę padnie przyczółek TVP1, IPN i kilka innych Okopów Świętej Trójcy, bez których pozostanie nam tylko Witkacowska "mdła demokracja". A, jak się przekonujemy, do codziennych mdłości i womitacji intelektualnych można się tak sprawnie przyzwyczaić i dostosować, że już niedługo nie będzie dla większości z nas problemem wiara i w holokaust, i w bohaterską przeszłość bojową "prof." Bartoszewskiego, heroizm Edelmana czy profetyczną nieomylność przyrodniego brata Stefana Michnika.

Nie można zatem więcej ulegać iluzjom oraz łudzić się i liczyć, że u boku akurat tego polityka z demokratycznego establishmentu prawda zwycięży. Albowiem w czasach, w których przyszło nam żyć musimy pogodzić się z tym, że tu i teraz to, co zwycięża zawsze będzie „prawdą”. Czas już najwyższy ku temu, aby twardo deptać rzeczywistość (coraz bardziej nas otaczającą), a przede wszystkim obudzić się ze snu pn. demokracja, wolne wybory, parlamentaryzm etc. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że na ulicy, gdzie żyje dwóch świętych i ośmiu łajdaków w tym systemie zawsze rządzić będą łajdacy czy "wybrani" przez nich "przedstawiciele". Żyjmy więc tak, jakby w każdej chwili miało nastąpić trzęsienie ziemi. Przygotujmy się na to chodząc wąskimi, ciernistymi szlakami, omijając zainfekowane morowym powietrzem salony systemowych marionetek – Jarosława i Donalda. Jeżeli wstąpimy tam, to tylko po to, aby podać im sznur.

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u